Rzecz o hejterach w sporcie

Posted on Posted in Artykuły

Rzecz o hejterach w sporcie

Magazyn Psychologia Sportu - Rzecz o hejterach w sporcie

Baron Pierre de Coubertin już od dawna nerwowo kręci się w swoim grobie. Jego prastara idea olimpijska została podeptana przez konsumpcyjne, konformistyczne dążenie do absolutnego zwycięstwa. Wszystkich i we wszystkim. Globalizacja, trywializacja i celebrycyzacja świata sportu pozbawiła niepoprawnych romantyków patetycznych idei związanych z wartościami, które legły u podstaw szlachetnej rywalizacji starożytnych. Jeśli jednak gdzieś, na wąskich marginesach, pozostały choćby śladowe ilości szlachetnych pojęć sportowych, to wszędobylscy tzw. hejterzy wypłoszyli je w sposób niemalże spektakularny. Siana przez nich nienawiść, tu w Polsce, i tam – w wielkim świecie – w coraz większym stopniu zohydza tak bierne, jak i aktywne uczestnictwo w szeroko rozumianej materii sportowej.

Dawno temu choćby Dorota Świeniewicz. Nie tak wcale dawno choćby Alicja Tchórz czy ścigany za pociągnięcie kilku pokaźnych łyków szampana zaraz po awansie polskich piłkarzy do Euro 2016 Robert Lewandowski. Tzw. hejt płodnie rozmnażany przez tzw. hejterów ma się dobrze i rośnie w siłę. Na nic zdają się coraz głośniejsze apele o obniżenie temperatury sporów publicznych, pożądanych efektów nie przynoszą coraz to wymyślniejsze akcje społeczne. Nienawiść, zazdrość i zgorzkniała żółć mają się dobrze, bo w końcu to ekstraklasa wśród uczuć.

Warto w tym miejscu oddzielić grubaśną krechą merytoryczną, rzeczową krytykę ad rem (np. sportowców – za ich postawę tak na boisku/hali/pływalni/bieżni, jak i poza ich środowiskiem naturalnym, zawodowym) od wściekle toczonej pod adresem swojego adwersarza piany zawziętości. Mądry, bystry człowiek wie, że nie ma krytyki szkodliwej. To brak krytyki przynosi największą szkodę, bo stwarza środowisko dla wygodnego spoczęcia w błogim fotelu samozadowolenia i uwielbienia. A dla sportowca to początek końca. Bywa, że recenzja jest drastyczna, niesmaczna czy nawet głupia. Ale nadal pozostaje w sferze poszukiwania wolności słowa i myśli. Hejt z duchem wyzwolenia ma tyle wspólnego, co „Trybuna Ludu” z ludem.

W skomercjalizowanym, merkantylnym świecie wszyscy, bez wyjątków, poszukujemy ułatwień, myśli na skróty, które ułatwiają porządkowanie rzeczywistości. Niestety, ale idzie o to, aby się nie zmęczyć, nie przegrzać mózgowych zwojów zbędną siłownią intelektualną. Gęste upychanie różnorodnych zjawisk, postaci i wydarzeń – także ze świata sportu – do naskórkowych, miałkich szuflad jest efektem przypinania nieodwoływalnych łatek. To one spłycają myślenie, zawężają horyzonty, czyniąc z dyskursu publicznego potok podejrzanych fekaliów.

A to wszystko w towarzystwie publicznego ostracyzmu, gdzie w roli moralnego dyktatora trendów może wystąpić każdy, najlepiej anonimowo, pod zmyślnym kamuflażem np. internetowego pseudonimu. Sądy wydajemy pospiesznie i z radykalizmem właściwym dla średniowiecznych sędziów. Co gorsza, dla skazanych na niebyt nie ma odwrotu. Tym bardziej, że w kolejce do zbiorowej ekskomuniki tłoczą się ci, którzy jeszcze wczoraj ogrzewali się w łechcącym próżność cieple sukcesu. Trudno bowiem oprzeć się ponurej refleksji, że największą przyjemność sprawia nam obserwowanie upadku ludzi zwycięskich, których sami – wcale nie tak dawno – wpychaliśmy na piedestał historii.

Tak, przyglądanie się widowiskowej klęsce przeżytkowych mistrzów daje nam nieprzebraną dawkę samozadowolenia. Ba, to najwygodniejsze z możliwych usprawiedliwień dla naszych codziennych porażek i niepowodzeń.
W tym potoku nienawistnych żygocin nie ma miejsca na opamiętanie, pokorę i skromność, dbałość o wartości i szacunek dla dokonań innych. Nie wspominając o pogłębionej, sumiennej analizie. Nie ma także czasu na intelektualny przystanek, wyhamowanie ze złowieszczego pędu, bo łatwo wówczas o utratę pozycji specjalisty od nauk wszelakich. Don Kichotowska lojalność wobec wzniosłych ideałów, przypominająca beznadziejną walkę z wiatrakami, jest skazana na niepowodzenie, wszak każde odstępstwo od skrojonej na miarę szarzyzny jest zbyt odległą wycieczką poza z góry przyjęty, wygodny i bezpieczny schemat. Nic to, że całość przypomina moralność Kalego. Byle tylko szczelnym płaszczem otulić własne niedoskonałości, frustrację i rozgoryczenie związane z tym, że – pomimo wątpliwych starań – ciągle nie jesteśmy tacy, jak ci, których z lubością opluwamy.

To płytki, pozorancki świat. Fałszowany stereotypami, uprzedzeniami, fobiami i kompleksami. To mentalne znieczulenie na zjawiska, które drażnią, rodzą irytujące pytania i niepokoją, bo nie da się ich pojąć operując powierzchownymi kategoriami. Ale to także wojna o godność, szacunek i wartości, które winny przyświecać tak sportowcom, jak i obserwatorom ich poczynań. Co gorsza, to batalia, w której uznanie dla nie tak wcale dawnych sukcesów, staje się niepotrzebnym gadżetem. Zanika, nabierając groteskowych kształtów. A przecież przyjaciel, który odchodzi, w gruncie rzeczy nigdy nie był przyjacielem. Był kimś na kształt uzurpatora przyjaźni. I tak samo jest z kibicem – jeśli niepostrzeżenie, płynnie i bez wewnętrznych rozterek zamienia – bywa, że niewdzięczną, owszem – posadę sympatyka na trybunę surowego krytyka, nigdy w gruncie rzeczy nie zasługiwał na wdzięczność wyczynowca. Tu nie jest potrzebna wizyta na stadionie czy przed telewizorem, a u lekarza lub w aptece.

Rozhisteryzowana gawiedź czy deformujące rzeczywistość tabloidy nie mogą zastąpić prawdziwym smakoszom sportu zdrowego rozsądku. Nienawiść jest bardzo komercyjna – świetnie się sprzedaje. I niestety waży więcej niż pozytywne, zdrowe, empatyczne odruchy. Bo przecież łatwej jest mieszać w wiadrze z pomyjami, aniżeli w beczce miodu. Nawet z niewiele znaczącą łyżką dziegciu. Nie dziwne więc, że w tym seansie nienawiści w stosunku do upadłych sportowców lubuje się coraz większa grupa. Ba, oni nadają dyskurs, dyktują warunki, ustalają trendy. I niełatwo z nimi walczyć, bo rozmnażają się w zawrotnym tempie, są wszędzie i krzyczą najdonośniej, używając retorycznych chwytów poniżej pasa. Czyli tam, gdzie ludzie z klasą i kulturą osobistą ani myślą sięgać. Chorobliwy apetyt hejterów na bycie zauważonymi to dowód na to, że są oni zakładnikami kilku, cokolwiek prymitywnych pojęć, takich jak tani lans, destrukcja, defetyzm czy kompleks. W końcu bycie populistyczną wyrocznią zobowiązuje. I rymuje się z głosem tłuszczy nienawidzącej każdego za wszystko.

Mateusz Bystrzycki


Artykuł pochodzi z Magazynu Psychologia Sportu nr 5/2015 (s.18)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *